Rostomili Ludkowie Ta opowiostka, poniżyj, kero napisoł Gustaw
Morcinek w1929 roku, pokozała sie w Kalyndorzu Salwatora wroku 1930.
To jest piyrszo opowiostka o utopcach, kero mi starka
przeczytała,
jak
żech mioł kole siedym lot. Teraz
żech znojd tyn kalyndorz i przepisoł żech tyn tekst tak,
jak
napisany
jest w tym kalyndorzu i wroz z tymi rycinami
możecie go przeczytać. To jest oryginalne pisanie od Morcinka z tamtych czasów.
Przijymnyj lektury życzy UTOPEK.
Mały bohater
Gustaw Morcinek
Było już tymu dawno. WKarwinie na szybie „Głębokim” pracował
młody Dolek Witoszkow.
Był
to chłopak mały, niepokaźny, aodważny, że az na dziwy. Szare oczy jego
gorzały, kiedy przyszło wywieść coś takiego, co drugich chłopców
strachem przejmowało. Niczego inikogo się nie lękał. Pójść wnocy do
proboszczowego ogrodu na słodkie miodonki, to dla niego igraszka.
Wystarczyło mu powiedzieć:
-Ty, Dolek, załóżmy się, że nie przyniesiesz wczapce farożowych
miodonek !
- A kiedy?
- Wieczorem, lebo wnocy!...
- Załóżmy się. Ao co ?
- Oto oten nóż zkościanną okładką !
- Dobre ! Ręka ! – iwysuwał małą łapę na przybicie zakładu.
Wieczorem
poszedł. Przestraszeni chłopcy odmawiali go, tłumaczyli, że to grzech
kraść miodonki, azwłaszcza proboszczowe, że mu ręka uschnie, boć
proboszcz, to święta osoba, gdyz zsamym Pónbóczkiem przy ołtarzu
wkrólewskim języku rozmawia, ajeżeli proboszcz świętą osobą, to
nauczyciel złoi wszystkim skórę nazajutrz, co wlezie, anie potrzeba,
wkońcu niektórzy pogniewali się iuciekli.
Lecz Dolek postanowił
przynieść gruszek, więc też iprzyniósł. Wprawdzie nie zjadł ani
jednej, chyba tę rozbitą, awszystkie ładnie wysypał na próg pod
proboszczowe drzwi.
- To się księżoszek uraduje – mawiał – kiedy
rano pójdzie se wczas do ogrodu na kwiotki podziwać, atu na progu
uwidzi wysypane gruszki. Zaroz se jedną zje apowie: "Nalę toć jakiś
porządny złodziej !..."
Założyli się, że zajdzie wnocy na
cmentarz do trupiarni i stamtąd przyniesie grabarzową łopatę. Poszedł.
Chłopcy dygotali zprzerażenia pod płotem, zębami szczękali ze strachu,
spłoszonemi oczyma strzygli dookoła, wypatrując poniewoli, skoro
zmroków bezgwiezdnej nocy wyłoni się jakiś biały duch, gdziesik zpod
tamtych szeleszczących krzaków, istruchlałe serca chłopięce obłąkaniem
napełni, lecz czekali.
Po
chwili zjawił się roześmiany Dolek zgrabarzową łopatą. A Ferduś
Zorychtów musiał się żegnac zżalem, ze swoją harmoniką. Tyle miał
znij jeszcze, że gdy wracali zwyprawy, to Dolek wygrywał im do kroku
przeróżne marsze.
Dolek wszystko potrafił. Na hałdzie uzbierał
najwcześniej pełną dzichtę węgla, akiedy inni gmerali jeszcze
kopaczkami wpłonem rumowisku, to on już swoje sztuki pokazywał.
Zjeżdżał na desce po stromem usypisku hałdy, co wymagało ogromnej
zręczności, gdyż deska sunęła wdół na złamanie karku aza deską
toczyły się zkrzykiem iłomotem ogromne kamienie. Chodzióło oto, by
zręcznie odskoczyć, gdy deska zaryje przodem wziemię pod usypiskiem.
Inaczej łatwo łeb można rozbić, alecące kamienie za deską nogi
szpetnie pokąsac, ba – nawet izłamać.
Lub też ujmował wdłonie
długa acienką szynę iczynił to samo, co u przejezdnych komediantów
widywał. Wgramolił się na cienką poręcz, co wzdłuż mostu leciała,
uważył dokładnie szynę, żeby wśrodek trafić, izaczynał wędrówkę.
Przypatrujący się chłopcy truchleli, patrząc na Dolka, jak powoli
iostrożnie posuwa się po drewnianej awązkiej ścieżynce, przechylający
się na obie strony, wysoko ponad torami iwagonami... Noga mu
obśliźnie, przeważy się, głowa zawróci irunie, rak zatracony,
wrozwierającą się przepaść pod poręczą izabije się!... Ale gdzież
tam! Przeszedł raz, odwrócił się powoli iteraz idzie zpowrotem!...
Ale
największej sztuki umiał dokonać wOlzie. Płynęła rzeka Olza od
Cieszyna poprzez Łąki, przez Darków, ominęła Frysztat iza Starem
Miastem jęła się teraz rozlewać wgłębokie plosa. Niektóre były tak
głębokie, że najdłuższemi żerdziami nie można było ich dna zgruntować.
Awoda wnich była ciemno – zielona, posępna jakaś itajemnicza, że aż
lęk człowieka zdejmował, gdy stanął na urwistym brzegu rzeki i
zapatrzył się wcichą, lekko kołującą głebinę.
Starzy ludzie
powiadali, że wtakich „głęboczynach” mieszkają utopce. Niektórzy nawet
twierdzili że jego dziadek lub babka widzieli go nieraz, jak wyłaził
zowego plosa na brzeg ipierzyny swoje suszył na słońcu. Taki mały
chłopieczek wczerwonej czapce na głowie, skaczący po trawie, jak
wiewiórka. Gdy na frysztackim kościele zadzwoniono na Anioł Pański, to
wplosie zabulgotało ogromnie, apo chwili hyc! na brzeg . Zwody
wyskakuje utopiec iwierzbowemi prętami wywlekał zniej pierzyny.
Rozłożył je ładnie na trawie w słoneczku isuszył. Agdy godzina
pierwsza nadeszła ina karwińskich szybach jęły buczeć parowe
świstawki, to utopiec porywał swoje pierzyny na pleca ibuch! do wody.
Ijuż go niy było, tylko jeszcze długo potem można było widzieć wtem
miejscu rozbełtane koła faliste, które prały ogliniasty brzeg
iodgryzały zniego wielkie bryły ziemi, co zpluskiem zapadały się
wwodę.
Nikt się też wtakiem miejscu nie kąpał. Byli pono tacy
śmiałkowie, co nie wierzyli iszpetnie natrząsali się zonego utopca,
imimo odradzań, do plosa skakali. Wtedy albo ich woda za kilka godzin
wyrzucała na brzeg, daleko od tego miejsca, martwych, sinych,
opęczniałych zwytrzeszczonymi oczyma, albo wracali przerażeni, nawpół
obłąkani. Ci to się już potem nigdy nie kąpali ani wOlzie, ani
wżadnym stawie. Najwyżej wkorycie przed domem, ale iwtenczas jeszcze
się bali.
Dolek otym wiedział. Zbierał towarzyszy iwielką gromadą
udawali się nad rzeke. Akiedy wszyscy czoprali się jeno wpłytkich
miejscach, gdzie woda sięgała zaledwie do kolan, to on leżał na trawie
ipośmiewał się znich. Potem się rozbierał, wyszukiwał najgłębsze
ploso, gdzie woda najciemniejsza icicha, izwoływał kolegów.
- Jezusku święty! Nie rób głupoty! - odradzali mu przezornie
towarzysze.
- Utopisz się aco potem ?...
-
Utopiec za nogi cię chwyci inie puści!... Nie rób tego! – prosili
drudzy. Ale Dolek nie słuchał. Nachylił się nad wodą, zamaczał wniej
trzykrotnie palce u prawej dłoni, trzy razy przeżegnał się
znabożeństwem, co go miało skutecznie chronić przed utopcem, irzucał
się wwodę! Naprzód głową.
Woda rozprysła się wysoko, zaszumiała,
rozbiegła szeroko zbełtanemi falami, awszyscy teraz patrzyli, co się
stanie. Jezusku święty! Żeby się też nie utopił!... Woda się uciszyła,
czasem wybiegły zniej drobne banieczki irozpękły się na powierzchni
zbulgotem, aDolka jak niema, tak niema.
Aż nareszcie się
wynurzył. Wszystkim spadywały kamienie zserc struchlałych. Parskał,
spluwał mocno, prał ramionami wodę, zdyszany, nawpół oślepły, bo mokre,
długie włosy nad czołem oblepiły mu oczy, spokojnemi rzutami posuwał
się do brzegu, akiedy się nań wydrapał, zarżał zuciechy, jak młody
źrebak.
Raz to nawet raka wyłowił wgłebinie. Kiedy go wyrzucił na
brzeg, to wszyscy podziwiali jego niezwykłą wielkość, patykami
szturchali, końce butów pod jego kleszcze podsuwali, lub uciekali od
niego zpiskiem. Dolek stał opodal izaśmiewał się do łez, wołając, że
to jest właśnie ten utopiec, októrym ludzie powiadają, że wtem plosie
siedzi.
- Piernik jedyn, jak mie chycił za palec u nogi – mówił,
gdy już wracali do domu, - toch wszystki gwiozdy uwidzioł. Myślę se, że
to utopiec. Ichycił potwore pieknie ina brzeg wysmyczył. Takie utopce
siedzą wplosie!...
Wszyscy podziwiali Dolkową odwagę
iumiejętności przebywania pod wodą. Pływał jak ryba. Każdego
prześcignął. Akiedy nurkował, to najdłużej pod wodą siedział. Inni już
dawno na brzeg powyłazili, zadyszani, utrudzeni, aDolek jeszcze wniej
się gmerał, gdziesik po głębokiem dnie, korzeni się czepiający.
Takim majstrem był Dolek.
Od
roku pracował na szybie „Głębina” wtrzecim poziomie, idobrze mu się
wiodło. Były tam najniższe pokłady. Niktóre nawet grubości metra nie
dochodziły. Ale, że węgle były dobre, szkoda je tak zostawić. Był też
to zresztą najstarszy poziom, prawie że już na wyczerpaniu. Pracowała
wnim mniejsza część załogi, reszta zaś górników zjeżdżała do piątego
poziomu, leżącego ojakie stodwadzieścia metrów niżej. Tam już były
pokłady grubsze.
Dolek przez całą szychtę uwijał się wprzodku
zwysokiemi taczkami, wywoził ukopany węgiel do gospody, zziajany,
niezmordowany, łakomy zarobku. Ponieważ był niskiego wzrostu,
złatwością przychodziło mu pracować wtak niskim pokładzie. Nie musiał
się zbytnio schylać.
Górnicy go lubili, boć to był chłopak do rzeczy. Wesoły, żywy,
chętny do pracy iusłużny.
Powiedział
który, żeby mu przyniósł pęcherz ztytoniem, co zostawił na chodniku
wubraniu, Dolek przyniósł. Poprosił inny, żeby podtrzymał stropnicę,
kiedy trzeba było strop podbudować, Dolek wsparł się plecami itrzymał.
Trzeba było wody – przyniósł, wozaczowi wykolejony wóz na szyny nałożyć
– pomógł. Każdemu usłużył, za co go też lubiano iszczerze chwalono.
Dolek jeno zęby szczerzył inie wiele zważał na ludzkie pochwały. Taka
już natura była u niego.
Dni mijały imijały, aż nareszcie przyszedł ten dzień, co jeszcze
dzisiaj przerażenie we wspomnieniach budzi.
Górnicy
wtrzecim poziomie prawie już byli kończyli swoją pracę, powoli
zabierali się do pogawędki, ktorą zwykli byli prowadzić przed odejściem
pod szyb, bo niektórzy siedzieli już przed hasplem iczekali na tych,
co tam jeszcze wprzodku ostatnie stemple podbijali, gdy znieznacka
rozleciały się gwałtowne uderzenia po rurach wodociągowych, uwieszonych
u stropu wgankach ichodnikach.
Zerwali się wszyscy, porzucili
kilofy imłoty, powstawali, jęli nadsłuchiwać. Co to ?...Co to ?... Po
rurach leci szybkie, spłoszone kołatanie ! Dzwoni przewala się zgłebi
chodników, wynurza krzykiem zczarnej ciszy, wpada wstruchlałe serca
iprzerażenie nieci. Alarm !... Rury dzwonią!... Raz, dwa, trzy !...
ikrótka cisza. Znowu ! Raz, dwa trzy !... icisza. Znowu !... Bez
przerwy!...
- Jezusie święty, co to ?...
Rury wołają, krzyczą idzwonią przeciągle.
- Uciekajcie, hawierze, coś się stało !...
- Uciekajcie !... Alarm !...
Porwali ludzie lampy, wybiegli zdusznych przodków, biegną na
chodnik.
- Co się stało ?... Co się stało ?...
Rury wydzierają się wprzerazonej ciszy metalicznym łomotem,
dzwonią szybko, nerwowo, jak zduszone lękiem serce ludzkie.
- Uciekejmy, chłopi, nieszczęście jakieś !... Uciekejmy pod
szachtę !...
Rozdudniły
się splątane kroki wczarnych gankach, rozkolebały się migotliwe
światła, biegną ludzie przerazeni. Jeden ganek, drugi ganek, teraz
wdół pochylnią !
Sypie się wpochyłą czeluść roztrzęsiony sznur
świateł, plątają się szybkie cienie po ścianach, śpieszą ludzie
obłąkani, przed śmiercią uciekają, októrej nie wiedziec, gdzie się
czai. Arury krzyczą ikrzyczą...
Dobiegła gromada ludzka
granicy pochylni. Teraz na lewo chodnikiem, potem jeszcze jedną
pochylnią wgórę ijuż będzie przekop. Ana przekopie bezpieczeństwo
iostatni krok do szybu.
Dobiegła gromada kresu pochylni, zawróciła wlewy chodnik.
Daleki szum ich przedbiega. Wzmaga się, pędzi, coraz bliżej,
coraz bliżej !...Rośnie, pęcznieje, w krzyk się przemienia.
Zatrzymali się ludzie, patrzą wgłebię chodnika.
Co to ?... co to ?...
Woda !...
Zprzeżartej
gdzieś calizny wywaliła się znienacka, czarna, potworna iteraz opętana
swą siłą, leci po chodnikach izatapia trzeci poziom.
Na skłębionym
grzbiecie niesie strzaskane obłamki desek istempli, tłucze się
ościany, syczy, pieni, rzuca wgórę, wściekła, okropna, śmierć ze sobą
wiodąca.
Dopadła nóg ludzkich, poderwała je, na pierś się rzuciła.
Zduszony
krzyk skłębił się pod nawisłym stropem. Zawrócili ludzie, pognali
wgórę pochylni. Awoda za nimi. Goni, dobiega, stopy podmywa,wznosi
się, czarna, okropna, zwalić wswą topiel usiłuje.
Uciekają ludzie wgórę, dopadli górnego końca pochylni.
- Kaj teraz ? Jezusie święty ?...skamlą ludzkie głosy,
poratowania oczy szukają.
Poprowadził stary Szymiczek. Najstarszy górnik. Za nim biegną
inni.
Gankiem na prawo, potem dojazdowym chodnikiem pod górę. Ciągle
pod górę !...
Biegną znowu awoda za nimi. Jak żywy potwór, co kłańcami szczęka
ipatrzy, kogo by pożreć.
Dolecieli.
Tu się kończy chodnik. Poniżej okilka metrów wbok przecznicą
trzeba teraz uciekać!
Wpadli wprzecznicę. Za nimi czarna woda kołtuni się ipluszcze
rozbełtana. Jeszcze mały odcinek, awybiegną na główny chodnik.
Nie
doszli. Podeszła ich zdrugiej strony spietrzona fala, rzuciła
ościany, przewaliła się skłębiona, odwrót odcięła. Po ciemku, bo lampy
zalane, wracają. Wznosi się woda do pasa, szamoce, wywraca. Brodzą
ludzie zpowrotem. Do tamtego chodnika, co się od przecznicy wgórę
wznosi. Tam się kończy, tam śmierć na nich czeka, wyjścia stamtąd
niema. Marnie zczeznąć przyjdzie !...
Wyszli zwznoszącej się
topieli, pod górę się doczołgali. Ktoś zapalił lampę. Syknęła wilgotna
kapsla wlampie, zajęła się modrym płomyczkiem, knot pryskający
zapaliła. Rozejrzeli się ludzie dookoła.
- Są wszyscy ? – woła Szymiczek.
Wszyscy !...
Podnosi
się za nimi woda, błyska czarną taflą, drobi lśnienie światła na
drzazgi. Cichnie, wstrzymuje się. Pod nogi doszła iteraz przywarowała,
jak pies czujny.
- Kaj tu uciec ?
- O, Barbarko święto, patronko górników, retujże nas, biednych,
retuj !...
Ludzie skamlą zrozpaczy, ktoś tam płacze, jak dziecko, głową
tłuką otwardą scianę, włosy rwą, ręce załamują.
Przemyśliwa
Szymiczek oratunku. Niema ratunku !... Przed nimi ściany, pod stopami
woda, co wpochyłym ganku wyjście zamknęła. Niema wyjścia !...
Przecznica zlewej strony wupadzie. Gdyby ją przejść, ale jak ?
Zatopiona przecież pod strop. Nie długa ona, kilka metrów zaledwie,
potem się wznosi wgórę, gdzie już zapewne wody nie będzie... Atutaj
powietrza braknie. Uduszą się powoli, konać będą wmęce
iopuszczeniu... OJezu ! Jezu !
Obok niego siedzi Dolek ito samo myśli.
- Szymiczku, moc tam jest metrow wprzecznicy ?
Popatrzył Szymiczek na chłopca inic nie powiedział.
- Moc tam jest metrów wprzecznicy ? Jak ona jest długo ? –
zapytał powtórnie.
- Około dwadzieścia metrów...
- My się tu udusimy.
-
Szymiczku, ale na początku przecznicy jest wentyl... Od rury, co
zagęszczone powietrze do haspla dokludzo. Żeby go tak odewrzyć ?...
- Jest ?
- Jest !... Jo wiem dobrze.
- Ale jest zatopiony... OJezusie święty ! Jezusie !...- skomlił
Szymiczek.
Myśli
Dolek imyśli. Jeżeliby wentyl wzapomnianej przecznicy otworzyć,
powietrze dojdzie do ich schronienia, bo będzie wiało pod górę. Przez
wodę zbulgotem się przeciśnie. Ludzie będą mieli świerze powietrze.
Pod wodą dopłynie potem na drugą stronę. Albo się utopi, albo dojdzie.
Rury się będzie trzymał, itak pójdzie... Dobrze !...
Nachylił
się nad uciszoną wodą, przeżegnał się trzy razy, za każdym krzyżem
maczając końce palców wtopieli. Chodnik zbiegał do upadu. Powierzchnia
wody dotykała po tej stronie jego nóg, ztamtej strony wspierała się
opochyły strop. Zstąpił do niej aż pod szyję. Patrzą się wszyscy, co
to czyni. Szymiczek biegnie za nim. Brodzi wczarnej wodzie, ramiona
wyciąga, zawrócić pragnie. Dolek nabrał powietrza wpłuca, że go aż
zakłuło pod żebrami idał nura wwodę.
Woda
pchała go pod strop. Przewrócił się wniej na wznak i, czepiając
stropnic, jął posuwać do upadu. Natrafił na rury. Ta grubsza, to
zpowietrzem zgęszczonym. Teraz wentyl znaleźć. Czepia się jej dłońmi,
podciąga. Natrafił. Ujął rączkę, przekręcił. Runął wwodę ostry,
przejmujący świst, rozkłębił topiel koło chłopca, odrzucił go
zpowrotem. Dolek rozczapierzył palce, jął szukać stropnicy, rury !
Uchwycił. Woda rozbijana zgęszczoną strugą powietrza, wyje koło uszu,
ogłusza, szarpie, dusi. Zwysiłkiem podciągnął się pod wentyl.
Rozpętana burza koło jego głowy ! Wali wnią młotami, odpycha, siecze !
Nie popuści ! Powietrza się nałyka wgłebinie wodnej, nadyszy idalej
ponurkuje. Wyczuł wyjącą pustkę koło twarzy. Otworzył usta, powietrze
runęło zimnym wiewem wpłuca. Woczach jakieś koła fioletowe wirują.
Wuszach piekielne wichry. Jeszcze raz ! Jeszcze !... Teraz wygiął się,
odepchnął nogami od stropu ijął płynąć. Rozgarniał ramionami wodę,
skurcza nogi pod brzuch, odrzuca spężystym ruchem, posuwa się powoli.
Powoli...powoli...Jakby wtamtym rzecznym plosie, wktórym utopiec
czyha !... Wygiętymi plecami ociera się ostropnice. Czasem uchwyci
rurę ipodciągnie się, puszcza, zakreśli łuk ramionami, rzuci, znów
uchwyci... Chwile mijają !...Wieki trwają... Woczach pod powiekami
migają się czerwone koła. Wskroniach walą młoty. Wpłucach ogień
kłujący. Jeszcze !... Zbiera reszte sił, zgarnia wgromadę, wramiona
tężejące kładzie, morduje się zczarną wodą... Jeszcze !...I jeszcze
!...Znużenie rozlewa się po członkach, nogi ołowiem oblepia,
dusi...dławi...skronie pękają !...Ale jeszcze !...
Wynurzyła się czarna głowa zwody, opadającemi nogami trafił na
kamienie.
Stanął. Głowa toczy się, ramiona uczepiają stempli, wyłania się powoli
zgłebiny. Ciągnie go woda zpowrotem, za nogi chwyta, puścic nie chce.
Wzalanych oczach jakieś płomyki majaczą, zbliżają się, jak przez grubą
ścianę ludzkie głosy słyszy, ktoś go obejmuje, jak kleszczami,
wywleka...
- Żyją tamci ?... słyszy jeszcze stłumione pytanie nad
sobą. Otwiera zwysiłkiem oczy, majaczą mu się ludzkie twarze
nachylone...
- Żyją...- mamle zduszone słowa – żyją... nie zamykej-cie...
powietrza... wrurze !... retujcie ich...